Arcturus Rosier

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Arcturus Rosier

Pisanie by Arcturus Rosier on Czw Lip 11, 2013 10:24 pm



Arcturus Rosier

DATA URODZENIA
21 grudnia
MIEJSCE URODZENIA
Salisbury, Anglia
MIEJSCE ZAMIESZKANIA
Londyn, Anglia
ZAJĘCIE
członek Biura Brytyjskiego Przedstawicielstwa Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów
CZYSTOŚĆ KRWI
czystokrwisty
STATUS MAJĄTKOWY
bardzo bogaty
PATRONUS
gronostaj
TELEPORTACJA
tak
BOGIN
duch jego zmarłej matki
AIN EINGRAP
On, z matką i siostrą - wszyscy uśmiechnięci, zdrowi i wolni
RÓŻDŻKA
10 i pół cala, giętka, pióro feniksa, krzew różany
SZKOŁA
Hogwart

Statystyki


Zaklęcia i uroki 35
Obrona przed czarną magią 25
Pojedynki 35
Zręczność 15
Sofista 20
Mediator 20
Intuicja 25
Logicznie myślenie 20


Opis

18 minut po 6 rano
21 grudnia, Salisbury

To wspomnienie nie należy do Niego.

Włączył je do kolekcji ze względu na obecność Ojca, po którym to zbierał pamiątki jeszcze w swoich hogwarckich czasach. Przedstawia chwilę jego narodzin - dokładnie już ten moment, w którym drzwi od sypialni uchylają się z trzaskiem, a zza nich ciekawsko wygląda Ambrosius. Ma tą samą, bladą cerę po matce. I nawet brew układa mu się w podobny łuk, gdy przygląda się wszystkim zebranym wewnątrz dorosłym. Dopiero po chwili sztywno przekracza próg. Choć, wyraźnie nie z własnej woli.
Za nim pojawia się Rosier Senior. Skrzat kłania mu się nisko. Kobiety obecne przy porodzie uśmiechają się tak, jakby oczekiwały pochwały. On jednak nie zaszczyca ich choćby krótkim spojrzeniem, bez słowa kierując w stronę żony. Ponad dwudziestogodzinna męka wydania na świat kolejnego potomka obija się na jej twarzy, lecz i to nie przykuwa uwagi mężczyzny.
- Syn?
Pyta otwarcie. Nie zauważając, że za jego plecami Ambrosius – pierworodny, drży pod jego szorstkim tonem.
- Syn.
Przytakuje mu z łzami w oczach żona. A tryumfalny uśmiech Seniora porywa mgliste urwanie wspomnienia.

12 po 11 popołudniu
13 sierpnia, Salisbury

To wspomnienie, którego nie potrafił się pozbyć.

- Mama zawsze taka była?
Obraca się przez ramię. Gorzkim westchnieniem witając siostrę.
- Po pierwsze, dobry wieczór. Po drugie, mówiłem, żebyś mi nie przeszkadzała. A po trzecie, przypominam Ci też, że za miesiąc jest rocznica ich śmierci.
- Nawet ich nie znałam! Ani Ambrosiusa, ani Ojca. A matka zachowuje się tak, jakby to przeze mnie ich zabi…
Z głuchym trzaskiem zamknął książkę, którą miał w dłoniach – skutecznie uciszając Artemis.  
- Mama ma żal do świata, bo dobrze wie, że wcale nie musieli ginąć. Wystarczyłoby gdyby ojciec nie zgrywał bohatera i nie odmawiał komuś, komu nikt nie mógł odmówić.
Zawsze wracając do obrazu tego dnia, zwracał uwagę na swój chłodny ton i wzrok. Przeszywająco nieprzyjemny. Jakby sam miał skrywał urazę do własnych słów. Czarny Pan zabił mu Ojca. I brata. A On wbrew temu i tak powinien patrzeć na niego z czcią. Bo już jako dziesięciolatek był świadom ich położenia. Przeżyli. I nie domiar złego, byli zbyt dumni by opuścić Anglię. Więc trwali tak, z wrodzoną godnością obawiając się wysunięcia choćby koniuszka nosa z cienia rezydencji. Nie był głupcem. Wiedział, że przyjdzie czas, w którym po nich wrócą. By spłacić łaskę, dzięki której nadal żyli.
Z swoim słynnym wyczuciem czasu, wspomnienie młodego Rosiera prychnęło. Zaś mała Artemis wówczas pierwszy raz zobaczyła w nim kogoś więcej niż brata. Był jedynym męskim wzorcem, jedyną siłą ich domu. Był w końcu tym, kogo powinna objąć za wzór.
Teraz szczególnie często wypomina sobie jak bardzo ją zawiódł…

15 po 9 rano
23 lipca, Londyn

To wspomnienie może przynosiłoby mu dumę.
Gdyby nie jego koniec.

- Ustawiłeś się, Rosier.
Wszedł do windy, skinieniem witając panią Anderson i zagryzając zęby. Byleby tylko siłą nie ustawić Griffina do pionu. Jak zwykle był przygarbiony. I chował pod siwym wąsem ironiczny uśmieszek. Bez komentarza wcisnął numer piętra, mając głęboką nadzieję, że to skutecznie odstraszy staruszka od ciągnięcia tematu.
- Ostatnio słyszę o Tobie same pochwały. Jesteś taki wszechstronny, każdy o Tobie słyszał. Pstryknąłbyś tylko placami, a przeniesiono by Cię do dowolnego departamentu.
- Nie jestem pewien czy to same komplementy, czy marnie prowokujące insynuacje.
- Bystry. Podobno przystojny. I z dobrej rodziny!
- Doceniam uznanie, ale nie szukam żony, Griffin. Więc, bądź tak miły i odpuść tą farsę.
Kątem oka dostrzegł jak pani Anderson dosłownie wtula się w kąt windy, przeczuwając, że ta potyczka wcale nie musi skończyć się ugodowo.
- Biuro Brytyjskiego Przedstawicielstwa musi być z Ciebie dumne.
- Chcesz mnie chwalić, to zapraszam na nasze piętro. Umówię Cię z swoim przełożonym i wtedy…
- To kiepski czas na żarty, Rosier!
- Przepraszam…
Mamrot z tyłu uciszył jego kolejną, zimną ripostę. Pani Anderson wyszła pośpiesznie z winy, posyłając mu pokrzepiający uśmiech na dowiedzenia. Drzwi ledwie się domknęły, gdy Griffin obrócił się do niego przodem. Z jeszcze większym grymasem na twarzy niż zazwyczaj.
- Już i tak to wiesz, prawda? - zaczął, a jego płytki oddech niemal zagłuszał jego słowa. - Był kolejny incydent w Azkabanie. Znów zbiegli tylko czystokrwiści. To Twoi wujowie i kuzyni, co?
- Griffin, na samego Merlina…
- Właśnie na Merlina, przysięgam Ci chłopcze, że nas zdradzisz. Masz to we krwi! - Cofnął się instynktownie do tyłu i mocniej ścisnął różdżkę w kieszeni, czekając tylko na ostateczny znak do ataku. - Przemyśl to jednak dobrze, może wygracie tą bitwę. Ale my, my wygramy wojnę!
Trzasnęło. Drzwi ponownie się rozsunęły. Amelia ściągnęła brwi na ich widok. Nie odważyła się jednak na wyraźniejsze okazanie zdziwienia.
- Co Ty…?
- Przesunęłam Twój dzisiejszy plan - poinformowała go sucho, podając w dłoń plik dokumentów, gdy tylko przesunął się za próg windy. - Twoja siostra na Ciebie czeka. I szczerze, radziłabym Ci się pośpieszyć.
Natychmiast zapomniał o Griffinie. I wszystkich spotkaniach.Gdyby jednak wiedział co zastanie w gabinecie, nie posłuchałby się Amelii.
Artemis siedziała za jego biurkiem, w jego ulubionym fotelu. I miała tak pusty wzrok, że po kręgosłupie przebiegł mu dreszcz.
- Nigdy tu nie przychodziłaś.
- Nauczyłeś mnie, żebym Ci nie przeszkadzała.
- Ale…?
- Ale - zaczęła niemrawo, usilnie starając się nie rozpłakać. - Nigdy Cię też nie prosiłam o pomoc, więc złamię dziś wszystkie swoje zasady.
Zamknął za sobie szczelnie drzwi i dopiero do niej podszedł, dobrze przewidując, że wcale nie chce usłyszeć wyjaśnień.
- Pomóż mi, bracie.
Gdy uniosła rękę, wspomnienie urwało się.

Nie chciał widzieć tego kolejny raz, nie chciał by ktokolwiek to zobaczył.
Myślał, że był szczęśliwcem. Przeżył. I było to prawdziwe życie. Bez presji, nacisków i szantaży. Aż niemal zaczął się łudzić. Uwierzył, że może uda mu się przetrwać i tą wojnę.
Artemis z mrocznym znakiem na ramieniu ocuciła jego zdrowy rozsądek.  



Czy zgadasz się na ewentualną śmierć postaci? Tak
avatar
Arcturus Rosier

Pochodzenie : Anglia
Różdżka : 10 i pół cala, giętka, pióro feniksa, krzew różany

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach