Yennefer Rowle

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Yennefer Rowle

Pisanie by Yennefer Rowle on Sro Lip 10, 2013 10:48 pm


Yennefer Amelia Rowle

DATA URODZENIA
22/05/1969
MIEJSCE URODZENIA
Wielka Brytania, Londyn
MIEJSCE ZAMIESZKANIA
Londyn, Covent Garden, Stukeley Street 33
ZAJĘCIE
Prawocnik Departamenu Przestrzegania Prawa Czarodziejów
CZYSTOŚĆ KRWI
Czysta
STATUS MAJĄTKOWY
Zamożna
PATRONUS
Jaskółka
TELEPORTACJA
Tak
BOGIN
Ciało jej dziecka.
AIN EINGRAP
Ona, jej mąż i syn, razem szczęśliwi.
RÓŻDŻKA
Wiśnia I Pióro feniksa I Dość sztywna I 10 cali
SZKOŁA
Hogwart, Slytherin

Statystyki

Pojedynki - 40
Zręczność - 30
Latanie na miotle - 5
Obrona przed czarną magią - 25
Logiczne myślenie - 25
Zaklęcia i uroki - 30
Czarna Magia - 10
Percepcja - 25
Transmutacja - 5




Opis


Wielka Brytania, Londyn, dom rodzinny Rowle rok 1973

Zaczynało się lato, temperatura wahała się w okolicach dwudziestu stopni Celsjusza, z dnia na dzień robiło się coraz cieplej. Biegałam po ogrodzie, miałam może cztery lata, moje nowiutkie buty, które dostałam wcześniejszego dnia od mamy były już całe ubrudzone i zmoczone. Nie przejmowałam się jednak tym, wiedziałam iż później rodzice będą na mnie źli, ale w tamtym momencie byłam szczęśliwa. Tydzień temu powiedzieli, że mój starszy brat wraca do domu i tata zaraz po pracy przywiezie go ze sobą. Wtedy jeszcze nie wiedziałam czym się zajmuje i jaki charakter ma tak naprawdę jego zawód. Nie zastanawiałam się nad tym, w mojej dziecięcej głowie rodziły się całkiem inne rzeczy, niż działy się w rzeczywistości. Z zarumienionymi policzkami i rozwianymi włosami wpatrywałam się w nasz podjazd. Za bramą właśnie przechodziła jakaś dziewczynka, pomachałam jej, jednak ta całkowicie nie zwróciła na mnie uwagi. Nie zdawałam sobie jeszcze z tego tak dokładnie sprawy z tego iż tak naprawdę mnie nie widzi. Nasz dom był i jest otoczony mocnymi zaklęciami ochronnymi, przede wszystkim żaden mugol nie zdawał sobie sprawy z jego istnienia, z mojego także.  Kochałam brata  bardzo, był jedyną osobą, która była tak naprawdę bliska mojemu sercu. Oczywiście podobnie jak mama i tata, jednak to uczucie było mocniejsze, wtedy wydawał mi się taki wspaniały, odważny, zabawny. Często jak rodzice nie widzieli wyczarowywał dla mnie jakieś zabawki, rodzice uważali iż jestem już na nie za duża, jakbym kiedykolwiek mogła powiedzieć iż mój wiek był odpowiedni, niestety nie. Opowiadał mi o nowych rzeczach jakich nauczył się w szkole, szlamach które nie potrafiły poradzić sobie z prostymi zaklęciami i o testach na których całkiem nie dawali sobie rady. Śmiałam się z nich, uważałam ich za głupków którzy trafili do szkoły przez zwykły przypadek i powinni zostać z niej usunięci. Było to dla nie zabawne, lecz po postacią zabawy przekazywał mi pewne zasady i postulaty, które rodzice już dawno wpoili mu do świadomości. Nie wiem czy robił to świadomie, czy niekoniecznie ale robił to lepiej niż zaślepieni czystością krwi rodzice. Najtrudniej było mi się porozumieć z tatą, który przedstawiał wszystko bardzo odkładnie i bez zbędnych ogródek. Mugole to coś co nie powinno istnieć, są bezwartościową kopią fizyczną nas, czarodziejów podobnie jak szlamy. Byłam dzieckiem, jeszcze tedy nie brałam słów ojca na serio, nie mniej jednak powoli zaczynałam zachowywać się tak jak by sobie życzyli, chciałam by byli zemnie dumni tak samo jak z brata. Słyszałam często jak ojciec chwalił się wyczynami syna przed innymi członkami rodziny, a ja. Cóż chciałam tego samego, z biegiem czasu było to moim celem. Podobnie jak tego dnia, kiedy ucieszona objęłam małymi rączkami szyje brata, który niósł mnie na barana do domu. Mama też była szczęśliwa, nawet nie nakrzyczała na mnie za buty, kazała mi je tylko przebrać. Usiedliśmy przy wspólnym obiedzie, spoglądałam na moją rodzinę, ledwo dosięgając rekami do talerza i sztućców. Radziłam sobie jednak sama, od kiedy tylko było to możliwe rodzice uczyli mnie samodzielności i odpowiedzialności za swoje czyny. Tak teraz mogę to rozumieć, wtedy jeszcze nie koniecznie. Skrzaty domowe przygotowały nam posiłek, mama nie gotowała prawie wcale nie licząc porannej kawy którą robiła zawsze ojcu, na tym najczęściej się kończyło. Wieczorem, kiedy siadaliśmy w wielkim salonie z kominkiem, który był podłączony do sieci Fiuu, tata z mamą rozmawiali o najróżniejszych sprawach. Ja najczęściej grałam w coś z bratem lub on czytał mi książki o dość wymownych postulatach. Coraz częściej jednak zdarzało mi się nawet niechcąco podsłuchiwać o tym co mówili. Nie raz na plecach czułam zimny pot, śmierć bywały nieodłącznym tematem tych rozmów. W tym czasie, nawet jeszcze rok wcześniej zaczęły pojawiać się u mnie umiejętności magiczne. Podczas kłótni rodziców często pękały jakieś szklane przedmioty, czasami nawet szyby, podczas obiadu zdarzały się lewitujące sztućce. Nigdy jednak nie spotkała mnie za to kara, rodzice byli wręcz dumnie z tego, zdawało mi się to lekko absurdalne nie mniej jednak cieszyłam się, wiedziałam co oznacza magia i że niedługo poznam ją dokładniej.

Wielka Brytania, Londyn, okolice domu rodzinny Rowle rok 1976

Ojciec spoglądał na mnie z groźną miną, kiedy po raz piąty protestowałam przeciw lataniu na miotle razem z nim. Chciałam sama, wiedziałam, że potrafię, wcześniej uczył mnie tego brat i wujek. Sam ojciec w ostatnich tygodniach często zabierał mnie w to miejsce by pokazać mi jak odpowiednio odbić się od ziemi i jak wylądować. Byłam pewna siebie iż uda mi się to perfekcyjne, nawet lekko zarozumiale uniosłam brodę w górę i zatrzęsłam przecząco głową wprawiając moje gęste jasne blond włosy w ruch. Po chwili zastanowienia kopnęłam stojący przede mną kamień i zrobiłam lekko naburmuszoną minę. Tata ostatecznie zgodził się bym spróbowała, ucieszyłam się bardzo jednak nie dałam tego po sobie poznać. Z lekkim westchnieniem wzięłam do ręki moją pierwszą miotłę do ręki i unosząc jej początek lekko w górę odbiłam się od ziemi unosząc się kilka metrów nad głową mojego ojca. Próba okazała się sukcesem, moi wcześniejsi nauczyciele odwalili kawał dobrej roboty, jednak całe zasługi przypisałam sobie i mojemu talentowi. Szybowałam pomiędzy wysokimi drzewami z rozsądną prędkością nie raz lekko zahaczając o liście. Ważne jednak, że tata był zadowolony, skarcił mnie lekko za brawurę nie mniej jednak w jego oczach dostrzegłam ten sam błysk kiedy patrzył na mojego brata. Od tego czasu latałam coraz częściej, kiedy tylko nikt nie patrzył starałam się robić coraz inne akrobacje, nie równałam się oczywiście z starszym czarodziejami, a od graczy Quidditcha dzieliły mnie lata świetlne, nie mniej jednak robiłam postępy. W tym czasie zaczynałam się także uczyć formułek zaklęć, a mama pokazywała mi często ich działanie i ruch ręki jaki miałam wykonać. Pasjonowało mnie to tak bardzo iż oczekiwanie na pierwszą różdżkę wydawało się dla mnie czasem udręki. Marzyłam o pojedynkach niczym najlepsi z najlepszych, często wyobrażałam sobie jak rzucam zaklęcie rozbrajające albo odpycham swojego przeciwnika. Chociaż wtedy była to dla mnie jedynie marzycielska fikcja, byłam pewna, że kiedyś sprostam temu o czym marze teraz. Mijał czas. Pewnego dnia dostałam książkę od eliksirach, te jednak całkowicie nie przypadły mi do gustu. Czekanie na ich działanie, długość i mozolność ich przygotowania nie przekonywały mnie do siebie. Lubiłam działać, żyć szybko i nie zatrzymywać się na zakrętach, swoje decyzje często podejmowałam z rozmachem, dopiero później myśląc o konsekwencjach. Moje myśli kierowały się w całkiem inną stronę niż typowej siedmiolatki, nawet z czarodziejskiej rodziny.  

Hogwart, Wielka Sala rok 1980

Yennefer Amelia Rowle!
Usłyszałam swoje imię. Na moich ustach pojawił się uśmiech zadowolenia, nie lubiłam czekać, chciałam już w tym momencie zacząć naukę. Inni uczniowie którzy tłoczyli się około mnie nie byli dla mnie ważni, w tym momencie istniałam tylko ja i moje potrzeby i zachcianki. Co obchodziło mnie ich przydział do domów, większość z nich nie powinna się tutaj nawet znaleźć, a tym bardziej zmuszać  mnie do czekania na moją kolej. Tylko my czarodzieje czystej powinni tutaj stać, znałam niektórych cześć po nazwisku innych z widzenia. Uśmiechnęłam się lekko do ciemnowłosego chłopaka kiedy szłam w stronę tiary przydziału, syn znajomego mojego ojca. Może trafimy do tego samego domu, pomyślałam. Zawsze miło jest znać kogoś na początku nauki. Jak widzicie nie byłam aż takim bezdusznym potworkiem, oczywiście wpojone przez rodzinę rzeczy cały czas siedziały mi w głowie, jednak powoli zaczynałam potrzebować innych rzeczy, akceptacji środowiska, jakiś relacji międzyludzkich, bodźców których często brakowało mi w domu. Jak i tym razem usiadłam na trochę za dużym dla mnie krześle i czekałam na słowa tiary. Od zawsze byłam ładną dziewczynką, szczupłą, niebieskooką blondynką o inteligentnym spojrzeniu i pewnym siebie wyrazem twarzy, nawet teraz kiedy tyle par oczu było wlepionych w moją osobę nie spuściłam wzroku. Uśmiechałam się tylko lekko i wsłuchiwałam w swój równy oddech. Kiedy wreszcie po chwili milczenia nastąpiło ogłoszenie przydziału poczułam się zadowolona i szczęśliwa. W moich uszach rozbrzmiały słowa: Cóż chyba już wiem złotko gdzie Cię przydzielić. Ale czy na pewno powinnaś tam trafić… Niech będzie! Slytherin!
Ostatni wyraz oszczędził mi ewentualnych nieprzyjemności i słów niezadowolenia. Trafiłam tam gdzie mój brat i spora cześć rodziny. Byłam z siebie bardzo dumna kiedy po prawej stronie Sali pojawiły się oklaski i słowa powitania. Szybko znalazłam się przy stole domu Salazara i westchnęłam lekko kiedy jeden z starszych uczniów zmierzwił ręką moje włosy. Normalnie odpłaciłam bym się jakąś kąśliwą uwagą lub teatralnie wywróciła oczami, jednak w tamtym momencie chciałam cieszyć się chwilą. Zaczynała się moja przygoda, Ci ludzie mieli stać się moją drugą rodziną, którą traktowałam podobnie jak ich. Zapytacie się czy miałam szczęśliwe dzieciństwo, nie zaprzeczę ale i nie potwierdzę. Nigdy nie poznałam do końca tak naprawdę jego smaku, jedynie strzępek dziecinnej miłości do starszego brata i kilka chwil szczęścia imitujących. Nie żałuje jednak niczego, nie obarczam nikogo winą, a na pewno nie zamierzam się skarżyć. Lubiłam swoje życie takie jakie jest, innego nie poznałam wiec  nie miałam go jakiego go porównywać.
 
Hogwart, rok 1984

Expelliarmus!
Różdżka ucznia z którym na lekcji ćwiczyłam zaklęcia została z impetem wyrwana z jego ręki i odleciała na sam koniec klasy. Znów wygrałam, mimo tego iż ćwiczyłam to zaklęcie już od pierwszych lat nauki za każdym razem kiedy wygrywałam jakiś mini pojedynek czułam sporą adrenaliną i zadowolenia. Byłam bardzo szybka, często nim mój współtowarzysz zdążył przypomnieć sobie ruch ręki już obrywał jakimś zaklęciem, wtedy jeszcze nieszkodliwym. Zawdzięczałam to nie tylko talentowi, ale zarwanym nocą ćwiczeń i nauki. Zaklęcia, OPCM i transmutacja należały do moich ulubionych przedmiotów. Dość często zdarzało się tak, że dostawałam najlepsze albo jedne z najlepszych ocen z tych zajęć, a czasami przerabiałam już rzeczy których zdążyłam nauczyć się sama w zaciszu pokoju lub w domu. Nie przykładałam się bardzo do eliksirów czy zielarstwa ale mimo wszystko zawsze dawałam sobie z nimi radę, chociaż najczęściej lekcje nie interesowały mnie całkowicie. Przydatne jednak było znanie jakiś eliksirów czy rodzaj roślin by przypadkiem kiedyś nie zerwać jakiegoś trującego albo chorobotwórczego. Tak jak mówiłam wcześniej, uwielbiałam pojedynki. Często miałam ochotę wyzwać jakiegoś puchona albo gryfona na małą potyczkę, jednak wolałam czasami dać im troszkę spokoju, inni ślizgoni wystarczająco dobrze utrudniali im życie. Nie interesowało mnie jakoś za bardzo ich gnębienie, wolałam sama udoskonalać swoją widzę magiczną niż poświęcać swój czas i energie na szlamy. Zdarzało się czasami, że dołączałam do ich zabaw jednak nigdy nie zdarzało się bym była ich inicjatorką. Dzięki takiej postawie ani razu nie zdarzyło mi się złapać szlabanu, często było o włos od takiej decyzji, jednak dzięki sprytowi i bliskiej znajomości z prefektami unikałam ich dość zgrabnie. Oczywiście nie z wszystkim dogadywałam się tak dobrze, jednak dookoła siebie miałam sporo pozytywnie nastawionych do mnie ludzi, najczęściej o takim samym sposobnie rozumienia rzeczywistości jak ja. W tym okresie zostałam także graczem Quidditcha, bardzo dobrze już przed przybyciem do Hogwartu opanowałam latanie na miotle, wtedy także często nie miałam sobie równych, chociaż oczywiście zdarzały się różne sytuacje i wyniki. Raz się przegrywa raz się wygrywa. Nigdy nie przejmowałam się porażkami, uważałam nawet iż uczą one nas więcej niż zwycięstwa, starałam się wyciągać z nich wnioski i być w tym co robie coraz lepsza. Najczęściej udawało mi się to całkiem dobrze. Pod koniec IV roku nauki zaczęłam interesować się zakazaną magią, nazywaną przez czarodziejów czarną. Nie robiłam w tym kierunki żadnych poważnych kroków, ale nie raz słyszałam w domu wypowiadane przez moich rodziców ich nazwy, jako powody od których zginął jakiś czarodziej.

Wielka Brytania, Londyn, dom rodzinny Rowle rok 1984

Spoglądałam na ojca lekko przestraszona, był zły. Nie miałam pojęcia czy jego reakcje wywołało moje pytanie, czy może to co stało się wcześniej. Na ten temat nie chciał nic mówić, jednak wiedziałam, że nie zachowuje się tak kiedy nie chodzi o jakąś ważną sprawę. Mama kazała mi iść do mojego pokoju. Mówiła spokojnie, jednak sama wydawała się być dość mocno poruszona. Przez chwilę słyszałam jeszcze ich ciche ale pełne emocji głosy, mówili o tym iż nie mają wyboru, że mój brat wie o wszystkim dokładnie i nic się do tego momentu nie stało. Słyszałam też, że i tak sama się o tym dobrze dowiem, lepiej bym zrozumiała to teraz niż w innych okolicznościach. W te wakacje zrozumiałam, że mój tata nie pracuje tylko dla Ministerstwa ale także zajmuje się innymi rzeczami, pracą dla ludzi którzy nazywają się śmierciożercami. Domyślałam się tego już od jakiegoś czasu, nie wiedziałam jednak czy mogę zapytać się ich wprost, czy powinnam sie tym interesować. Mój brat był w to zamieszany jeszcze mocniej, sam należał do osób stojących po stronie tego czarodzieja którego imienia niewolno wymawiać. Sam przez te dwa miesiące nauczył mnie kilku zaklęć. Były to czary których w szkole używać nie mogłam, normalnie także nigdy poznać ich nie miałam. W następnych latach poznawałam ich coraz więcej, w ostateczności kiedy już skończyłam naukę w Hogwarcie nauczyłam się tych, za które trafia się do Azkabanu, jednak o tym mowa będzie później. W moim rozumowaniu świat jaki poznawałam był dla mnie wprost fascynujący, nieograniczony żadnymi zasadami po za nienawiścią do czarodziei nieczystej krwi , mugoli i szlam. Był to jednak także okres mojego buntu przeciwko wszystko co kiedykolwiek mi wpajano. Balansowałam na krawędzi walki dobra z złem w mojej osobie. Kiedyś usłyszałam historię o dwóch walczących w moim sercu wilkach i zastanawiałam się który z nich wygra. Teraz znam na to pytanie odpowiedz. Ten którego karmiłam.

Hogwart , rok 1987

Zbliżał się już koniec mojej nauki w Hogwarcie. Wszystkie egzaminy zdane, na poziomie który zadowolił mnie wystarczająco. Byłam bardzo ambitna, wiec zadania które stawiałam sobie naprzeciw często bywały ponad moje siły, jednak zawsze dążyłam do ich wykonania. I tym razem się to udało. Zostały mi ostatnie dni w szkole, powoli pakowałam swoje rzeczy z wręcz z lekkim smutkiem chodziłam na ostatnie zajęcia. Polubiłam to miejsce, tak wiele lat temu, kiedy po raz pierwszy pojawiłam się w Wielkiej Sali czułam, iż to miejsce jest moim drugim domem. Pewnego dnia poczułam nawet smutek i przygnębienie kiedy zasypiałam w łóżku które nazywałam swoim. Wiedziałam dobrze, że będzie brakowało mi tego miejsca, a nawet tych ludzi z którymi spędziłam wiele smutnych i radosnych chwil. Dla większość z nas nadszedł czas rozpoczęcia dorosłego życia, znalezienia pracy i własnego miejsca zamieszkania. Wtedy nie było to aż takie trudne, miałam też swoje nazwisko i czystość krwi. Bardzo dobre wyniki w nauce dodatkowo otwierały przede mną bardzo wiele drzwi. W tym przypadku mogłam także liczyć na pomoc mojego ojca, który dość szybko mógł mi znaleźć pracę w ministerstwie, na to też liczyłam. Ostatnią podróż z Hogwartu pociągiem w towarzystwie moich przyjaciół z szkoły pamiętam bardzo dobrze pamiętam także jednego chłopaka, który potem znów pojawił się w moim życiu. Był inny od wszystkich ślizgonów, podobnie jak z ja z bardzo dobrego domu o tradycji czystej krwi, jednak wyjątkowo dobrze mi się z nim rozmawiało. Był otwarty, niezaślepiony żadnymi ideałami, myślał o przyszłości miał marzenia i plany. Swoją postawą zauroczył mnie dość szybko, chyba i ja mu się spodobałam. Co dziwne wcześniej w Hogwarcie nie rozmawialiśmy często, może ja byłam zbyt chłodna, może on widział w mojej osobie kogoś innego. Obiecałam mu spotkanie w Londynie, jeszcze na peronie kiedy witałam się z moją mamą i bratem pomachał mi radośnie. Był naprawdę uroczy.
Przez pierwsze miesiące mieszkałam u rodziców, później kiedy zaczęłam prace w Ministerstwie dość szybko załatwioną przez mojego ojca, przeprowadziłam się podobnie jak mój brat dużo wcześniej do własnego mieszkania.  Już wtedy zaczynały się niebezpieczne czasy, nie mieszałam się w żadne grupy czy układy, ale wiedziałam dobrze iż musza zabezpieczyć dom czarami, dla własnego bezpieczeństwa.

Wielka Brytania, Londyn, dom Yennefer rok 1992

Wpatrywałam się w mojego śpiącego synka, miał taką cudną twarzyczkę, cały był cudowny. Kochałam go całym sercem, podobnie jak mojego męża, który jadł właśnie kolację. Byli dla mnie całym światem, nikt inny nie liczył sie tak bardzo jak oni. Mimo wszystkich rzeczy jakie spotkały mnie w życiu, w tamtym okresie byłam bardzo szczęśliwa. Życie widziałam w radosnych barwach, powoli przestawałam liczyć dni, tylko ilości kroków zrobione przez nasze maleństwo. Dla każdego może wydawać się to bardzo banalne, ale cieszyłam się z bycia mamą i żoną. Czułam się w tej roli wręcz spełniona, bo mimo wszystko mogłam pracować w Ministerstwie, było nas stać na wynajęcie niani na czas mojej nieobecności, który czasami w moim odczuciu dłużył się i dłużył. Nie lubiłam zostawiać mojego dziecka z innymi osobami, włączała mi się wtedy pewna reakcja i potrzeba wiedzy iż jest bezpieczny. Tak mijały dni, tygodnie i miesiące w których moje życie było przepełnione szczęściem.

Wielka Brytania, Londyn, cmentarz rok 1993

Po moich policzkach znów spływały zły, ręce trzęsły się przy każdym najmniejszym ruchu. Nadal nie docierał do mnie ten fakt. Mój świat w jednym momencie zawalił się i nigdy już nie miał być taki sam. Minęło już Kika tygodni, a ja nadal co dzień przychodziłam w to samo miejsce, nie mogłam zrozumieć co się stało. Przecież miał tylko jechać do swoich rodziców, zabrać naszego synka do dziadków na weekend, ja nie mogłam tego zrobić znów musiała zostać dłużej w pracy. Nie chciałam by używał teleportacji, bałam się o syna, kazałam wziąć mu samochód. Może gdybym pojechała z nimi, gdybym tam było może nic by się nie stało, wydarzenia mogły potoczyć się całkiem inaczej. Nikt nie jest w stanie zrozumieć tego rodzaju bólu, jeśli nigdy go nie przeżył. Zrzucałam winę na wszystkich, najczęściej na siebie samą, zaczynałam tracić zmysły i nie dostrzegać ludzi którzy byli dookoła mnie. Mówili iż był to wypadek, coś uderzyło w samochód ten dachował i wpadł na jakiś budynek. Ja wiedziałam iż na pewno cos musiało się stać, to nie mógł być nieszczęśliwy wypadek. Ktoś chciał cos od mojego męża, to on był celem, jednak przez przypadek zamiast go schwytać zamordował. W moim przekonaniu powinnam teraz znajdować się pod ziemią, też powinnam nie żyć. Poczułam słony smak łez na moich ustach i rękę mojego brata na ramieniu. Po chwili przytulił mnie lekko i powiedział spokojnie: Damy sobie jakoś razem radę, nie zostawię Cie. Wtedy jeszcze nie wierzyłam w jego słowa, chciałam wyrwać się i rzucić na kolana przed nagrobkiem na którym zostały wyryte dwa imiona, mojego męża i syna.

Wielka Brytania, Londyn rok 1996

Spoglądałam na nich lekko przestraszonym wzrokiem. Rozumiałam czego chcieli i dlaczego tutaj są, jednak nie zdawałam sobie sprawy dlaczego zmuszali akurat mnie. Miałam dość własnych problemów i nie miałam ochoty mieszać się w czyjeś sprawy. Jednak ta dwójka nie wyglądała na taką z którą mogło się negocjować. Miałam do wyboru albo wysłuchać dokładnie o co im chodzi i ewentualnie zostać zmuszoną do danej rzeczy, stanąć do walki jeden na dwóch, mimo moich umiejętności mogła się ona skończyć bardzo różnie, albo kategorycznie zacząć uciekać. Ostatnie nie wchodziło w rachubę. Po chwilowym przemyśleniu sytuacji postanowiłam wybrać wariant numer jeden i mieć nadzieje na jakiś pomysł który miał zrodzić się w mojej głowie. Byłam już całkiem inną osobą, dawne życie powoli znikało za oparami dnia codziennego. Musiałam zacząć martwić się o siebie samą, nadeszły ciężkie czasy.


Wielka Brytania, Londyn rok 1997

Jaką osobą jestem? Ciężkie pytanie ponieważ przez wiele lat zmieniałam się setki razy. Mam być szczera, wiec na pewno mogę stwierdzić iż miewam strasznie wybuchowy temperament. Często staram się postawić na swoim, a dojście zemną do konsensusu bywa rzeczą wprost niemożliwą. Jestem także tajemnicza, szybko staram sie zakopać moją przeszłość i żyć dniem, dlatego tak łatwo podnoszę się z tego co wydarzyło się wcześniej. Lubię wyciągać wnioski z przegranej, najczęściej nie martwię się nią i staram się by następnym razem wykorzystać to co potrafię na sto procent. Życie nauczyło mnie jak być sprytną i podstępną, czasami w oczach innych wydaję się być bardzo małostkowa, czemu nie przeczę. Od pewnego czasu do celów dążę często po trupach, jeśli chce cos osiągnąć będzie to moje. Uwielbiam udowadniać swoje racje, mam też całkiem cięty język, nie kryje się z swoimi opiniami na dany temat, jednak wiem jakie sprawy należy przemilczeć. Lubię tłum, żyje bardzo szybko i nie zatrzymuje się. Bywam zarozumiała, wyrachowana i nieprzewidywalna, chociaż potrafię być także miła i kokieteryjna. Od zawsze sprawiałam wrażenie osoby odważnej i inteligentnej i żadnym z tych dwóch faktów nie zaprzeczam. Uwielbiam trzymać przyjaciół blisko mnie, a wrogów jeszcze bliżej. Znam się na ludziach i szybko ich rozpracowuję. Bywam zbyt ambitna i moimi celami przewyższam swoje możliwości.  Jeśli ktoś jest dla mnie miły i troskliwy odpłacam się mu tym samym, lubię bliskie relacje międzyludzkie, chociaż od długiego czasu nie za często mi się ona zdarzają. Pycha i cynizm często biorą nade mną górę. Chce się najzwyczajniej czuć lepiej, być lepsza i  przez innych za taką uważana. Dlatego właśnie moja bezinteresowność nie zawsze prowadzi do skromności ; bywa raczej przeciwnie. Im więcej komuś pomagam, im więcej osiągnęłam tym bardziej uważam się za osobę nietuzinkową. Dumą dla mnie jest to o czym sama myślę i co sama osiągnęłam, próżnością zaś to co chciała bym aby inni widzieli w mojej osobie.  Na moje szczęście potrafię całkiem dobrze stłumić moje złe nawyki, ale także odnaleźć  cienką granice rozwagi i rzeczywistych wartości,  pomiędzy wiarą w siebie, a pyszałkowatą dumą. Lubię wierzyć w swoje ideały, a koncepcje innych  przyjmuję z tolerancyjnym uśmieszkiem. Moją egzystencje często popieram ogromnym podstępem w postępowaniu. W życiu bywa tak iż czasami muszę sprostać sytuacją w których moja pozycja wcale nie jest zachwycająca. By nie zawieść tych którzy na mnie liczą muszę stosować metody które w realiach zdają się nie poprawnie i społecznie nie akceptowane jednak stwarzają iluzje dobrego i poprawnego zachowania.  Reasumując kiedy musze ta bardziej złośliwa strona mojej natury zdaje się brać nad moją osobą górę i narzucać odpowiednie reakcje do danej sytuacji. Właśnie dzięki temu arogancja wcale nie jest mi nieznana. Wręcz przeciwnie, czasami wydaje się nieodłączną częścią mnie, chociaż nie ma to nic wspólnego z niestosownością. Osoby które mnie nie szanują, nie otrzymują tego szacunku także w zamian, wiec impertynenckie zachowania w ich kierunku są według mnie jak najbardziej na miejscu.  Po co być wtedy osobą moralną jeśli według nich pokrywa się to tylko z tchórzostwem. Czasami tolerancja zbiega się z cynizmem, na szczęście w moim przypadku dotyczą one odrębnych sfer życiowych. To pierwsze dotyka ludzi i ich życia, do drugie reguł w życiu istniejących. Po prostu nienawidzę narzucania mi zasad i zmuszania mnie do ich wykonywania. Pragnę żyć pełnią chwili, a ograniczenia nie pozwalają mi osiągnąć tego stanu. Wiec czasowe odrzucanie norm istniejących w danej grupie społecznej jest objawem nie zwykłej niestosowności czy wyrachowania, ani także braku skrupułów. Raczej idei życia według własnych przekonań i poczynań.
Czy wierzę w ironie losu? Czy w moim  życiu cos oddziela rozsądek od paranoi? Owszem, bywa dla mnie to jak kreska uśmiechu. Ironia, wyznaczająca idealną odległość między podmiotem a przedmiotem. Doskonale zdaje sobie sprawę z możliwych zagrożeń, okrutnej rzeczywistości pojmowania świata, wiem dobrze co w życiu może się mi przytrafić, ale nadal nawinie sądzę, że wszelkie zło będzie omijać mnie z daleka.

Ale tak ogólnie to jestem całkiem miła.

Czy zgadasz się na ewentualną śmierć postaci? Tak
avatar
Yennefer Rowle

Zawód : Prawocnik Departamenu Przestrzegania Prawa Czarodziejów
Pochodzenie : Wielka Brytania, Londyn
Różdżka : Wiśnia I Pióro feniksa I Dość sztywna I 10 cali

Zobacz profil autora http://www.czart.aaf.pl/profiles/41.htm

Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry


 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach