Samuel Isaac Delaware

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down

Samuel Isaac Delaware

Pisanie by Samuel Delaware on Sro Lip 10, 2013 11:34 am



Samuel Isaac Delaware

DATA URODZENIA
03/10/1964
MIEJSCE URODZENIA
Chicago, USA.
MIEJSCE ZAMIESZKANIA
Londyn, Anglia.
ZAJĘCIE
Szef oddziału urazów pozaklęciowych.
CZYSTOŚĆ KRWI
3/4
STATUS MAJĄTKOWY
Bogaty.
PATRONUS
Myszołów.
TELEPORTACJA
Tak.
BOGIN
Infernus.
AIN EINGRAP
Cała rodzina zdrowa i żywa.
RÓŻDŻKA
Giętka, 12 cali, dąb, włókno z serca smoka.
SZKOŁA
Salem.
Opis

- Trzeci października, tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt cztery. Imiona?
- Samuel Isaac Delaware.
- Samuel? Przecież miał być...
- Och, kochanie, daj już spokój.

- Sammy, gdzie idziesz?
- Odczep się, Lou.
- Ale Sammy! Nie biegnij tak!
- Nie mów do mnie Sammy!
- Mama powiedziała, że masz się ze mną pobawić!
- Sama się pobaw. Idź poukładaj klocki z Chloe czy cokolwiek.

- Musimy pojechać do Londynu.
- Henry, coś  ty znowu wymyślił?
- Jeśli moje dzieci mają iść do szkoły to muszą otrzymać najlepszą różdżkę, tak jak ja. A takie znajdują się jedynie u Olivandera.

- Gotowy na pierwszy dzień w szkole? No nie patrz tak, to przecież wielkie wydarzenie, nasz mały synek w końcu zaczyna swoją przygodę z magią!
- Nie jestem mały.
- Hannah, zostaw już chłopaka, znów ma muchy w nosie.
- Jak to Sammy ma muchy w nosie? Pokaż!
- Gdzie z tymi łapami! Tato, weź ją ode mnie.
- No już, Chloe, twój brat jak zwykle się nadyma.
- Wcale się nie nadymam! Ciągle się mnie czepiacie!
- Okej, okej, nie kłóćmy się. Kto ma ochotę na lody?

- Słyszałem, że twoja siostra w tym roku zaczyna szkołę.
- Tak, a za dwa lata następna. A za dziesięć jeszcze jedna.
- Biedny jesteś chłopaku. Nie masz żadnego brata?
- Chciałbym.

- Brawo, panie Delaware, muszę przyznać, że dawno nie miałem tak pojętnego ucznia w tej delikatnej dziedzinie, jaką są eliksiry. Z takim talentem, gwarantuję panu, że zajdzie pan daleko!

- Cześć, braciszku.
- Cześć, Lou.
- Co tu robisz?
- Siedzę.
- Znowu szlajałeś się w nocy po lesie?
- Nie.
- Merlinie, nawet w takich chwilach musisz próbować wciskać mi kity?
- Marlinie, nawet w takich chwilach musisz prawić mi morały?
- Jak się czujesz?
- Jak człowiek, który w najbliższych dniach w końcu wyrwie się ze szkoły i niczym ptak wyfrunie w dorosłe życie.
- Ironiczny jak zawsze.
- A co mam powiedzieć? Kończę szkołę, odpocznę, pójdę na szkolenia, ukończę kurs.
- Nie jest ci smutno?
- Dlaczego?
- Wiesz, siedem lat w szkole...
- Nie ma co się przyzwyczajać, do niczego.
- Lou, Sam!
- Co jest, Chloe?
- Dostałam wiadomość od rodziców, Sue nie zostaje wysłana do Salem.
- Co?!
- Tak, mama chyba w końcu postawiła na swoim i przynajmniej jedno z nas w końcu trafi do szkoły w Izraelu.

- Będziesz się szkolił w Mungu?
- Tak, zostałem przyjęty tam na kurs.
- Matka nie będzie szczęśliwa.
- Ej, Sue została wysłana na koniec świata, a ja nie mogę uczyć się dalej w Wielkiej Brytanii? Tato, nie jestem już tym dzieciakiem co parę lat temu, potrafię o siebie zadbać.
- Tego się właśnie obawiamy. Wiem, że nie dasz sobie w kaszę dmuchać, jednak...
- Jednak co?
- Wciąż tak samo buntowniczy, co?

- Widziałaś tego Amerykanina?
- Co, który to?
- Ten o takich niezwykle niebieskich oczach. Niemal nic nie mówi, ale ordynator mówi, że jest najlepszy z nas wszystkich. I całkiem przystojny. O, idzie!
- Och, wiem, zajmowałam się z nim jednym pacjentem. Jest... Wydaje mi się być dziwny.
- Dziwny?
- Nie zamknięty w sobie, ale... Ale sama zauważyłaś, że niewiele mówi Jak się z nim przebywa to pojawia się odczucie, że jest nieprzyjemny. Taki gburowaty.
- Myślisz, że ma kogoś?
- Na brodę Merlina, Grace, czy ty jesteś w stanie myśleć o czymś innym niż tylko o.. AA! Robert ty tępy, bezmózgi...
- Spokojnie, Liz, złość piękności szkodzi. Słyszałem, że obgadujecie naszego kolegę.
- Wiesz coś o nim?
- Prócz tego, że ma głowę jak kamień, jego ojciec jest Szkotem, matka amerykańską Żydówką, skończył Salem i razem dzielimy mieszkanie? Zupełnie nic.
- Ej, czy skoro ma żydowskie korzenie to jest obrzezany?
- GRACE! Nie wiedziałam, że z kimś mieszkasz.
- Szukałem współlokatora, mamy w trzech, jest jeszcze taki szkolący się na aurora, malutką klitkę niedaleko Pokątnej. Sam jest w porządku, bywa nieprzyjemny i ironiczny, ale cholerny bystrzacha z niego. I całkiem nieźle gra w szachy.

- Zrobiłeś to, Sammy, naprawdę zrobiłeś. Mój Merlinie, jakie ty masz futro. Zarejestrowałeś się już? Przestań tak łazić i się odmień.
- Tak. Cóż, mogłem przypuszczać, że zostanę jakimś kotem. Szkoda tylko, że takim wielkim.
- Zawsze to mógł być lew.
- Tak. Cóż, rysie są w porządku.

- Gratuluje panu, panie Delaware. Rozumiem, że zostaje pan z nami, tak?
- Tak, nie planuję powrotu do Stanów.
- Rozumiem. W takim razie, pozostaje mi tylko wyrazić, iż niezwykle się cieszę, że będziemy mogli dalej współpracować.

- Słyszeliście? Został szefem oddziału! Ile on ma lat? Trzydzieści?
- Trzydzieści dwa. Daj spokój Liz, jest genialny. I mówiąc genialny mam na myśli naprawdę genialny. Zawsze uważałem, ze bycie uzdrowicielem to tylko kilka formułek do leczenia ran i tyle. A tu okazuje się, że można mieć talent. Leczy urazy pozaklęciowe jakby to była bułka z masłem.
- Ale on wcale tego nie robi by pomagać ludziom!
- Tak, wiem, sam to otwarcie powiedział. Ciekawi mnie tylko dlaczego w takim razie tu jest.
- Wydawało mi się, że go znasz.
- Dobre sobie, mieszkałem z nim, fakt, ale ostatnią rzeczą, którą mogę o nim powiedzieć to to, że go znam. Wydaje mi się czasem, że wszystko co mówi o sobie to kłamstwa. Od wzrostu po to jak się danego dnia czuje. Sam dawkuje kto ile o nim wie, a uwierz, że od czasu gdy wszyscy dostaliśmy się na kurs, nie dowiedziałem się nic nowego.

- Sue? Co ty tu robisz.
- Muszę u ciebie pomieszkać.
- Fajnie, super, miło że się zapowiedziałaś.
- Jestem w Zakonie.
- Słucham?
- Jestem w Zakonie, wraz z moim narzeczonym.
- Narzeczonym?
- Um... Tak.
- Czyś ty oszalała?
- Ej, mam prawo wiązać się z kim...
- Merlinie, nie o to mi chodzi. W Zakonie? Może mam już ci budować nagrobek?
- Przestań! Zresztą, powiedzieli mi, że także tam działasz!
- Działam? Och, no tak, raz pomogłem ich członkowi na ulicy, ponieważ znalazłem się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie i z niewłaściwymi umiejętnościami, a oni już mi chętnie przysyłają plakietkę z członkostwem.
- Proszę cię, Sam, daj spokój. Pomóż mi proszę, mama zrobiła mi aferę...
- ...Nie dziwię jej się...
- ...Powiedziała, że jestem taka sama jak ty, ale ja nie mogę siedzieć w Stanach, gdy to wszystko się dzieje.
- Właź. I jeśli powiesz chodź jedno słowo na temat bałaganu, zamienię cię w karalucha.



Podanie W Sprawie Genetyki


Samuel nauczył się bycia animagiem, bo chciał. Wrodzona ambicja kierowała go ku temu już w szkole, jednak w trakcie nauki w Salem nie udało mu się nabyć tej umiejętności. Nie był przyjemnym z charakteru chłopcem - łatwo było wyprowadzić go z równowagi i nigdy nie wiedział kiedy dać za wygraną, więc niezwykła umiejętność mogła mu dać także przewagę nad szkolnymi wrogami, których sobie przez siedem lat trochę narobił.
Do nauki wrócił podczas kursu na uzdrowiciela, który odbywał w Świętym Mungu. Minęła chęć zaimponowania komukolwiek, a ambicja pozostała. Dwa lata zajęły mu opanowanie zmieniania swojej formy. Nie było łatwo, raz niemal zrezygnował, jednak ostatecznie było warto. Tym bardziej, że w rodzinie jest jedyną osobą z taką umiejętnością, a szkocka jej część, od strony ojca, ma za sobą długą, magiczną historię. Uwielbia to - bycie smukłym, pokrytym futrem rysiem. Najczęściej biega po lesie, ponieważ uwielbia samotne spacery, a zwierzęcy wygląd otwiera przed nim dużo więcej możliwości. Niekiedy pozwala sobie nawet na przemienianie się w miejscu pracy, jednak to głównie podczas nocnych dyżurów, gdy kocia forma daje dużo wygodniejsze możliwości spania.
avatar
Samuel Delaware

Zawód : uzdrowiciel
Pochodzenie : Chicago, USA
Różdżka : ładna

Zobacz profil autora

Powrót do góry Go down

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry

- Similar topics

 
Permissions in this forum:
Nie możesz odpowiadać w tematach